9 października 2011

Niespełniona obietnica - recenzja książki Toma Holta "Przenośne drzwi".


Reklama jest dźwignią handlu. Czy jednak można jakiegokolwiek autora porównywać do żywej legendy gatunku, Terry`ego Pratchetta i czy ktokolwiek miałby szansę wyjść z tego pojedynku zwycięsko. Tom Holt, bo o nim mowa, swoją powieścią "Przenośne Drzwi", nie dorównuje mistrzowi, ale zbliża się do niego na tyle, by uznać ową książkę za jak 
najbardziej ciekawą.



Rzecz dzieje się w Londynie. Paul Carpenter to wyjątkowo zagubiony młodzieniec. Opuszczony przez rodziców, którzy przeprowadzili się do Australii, został postawiony przed największym koszmarem młodego człowieka. Poszukiwaniem pracy. Tułając się, bez większych osiągnięć, od firmy do firmy, trafia na rozmowę kwalifikacyjną, która idzie mu jeszcze gorzej niż poprzednio. Zapewne w realnym świecie w tym momencie bohater musiałby kontynuować swoje bezowocne poszukiwania, lecz fikcja literacka rządzi się swoimi prawami toteż Paul dostaje posadę młodszego urzędnika w firmie J.W. Wells & Co. To też nie byłoby pewnie takie dziwne, gdyby nie fakt, że nikt nie wie czym się owa firma zajmuje, a sam bohater ma pojęcie tylko o tym, o której ma iść do pracy. Gdy dociera na miejsce okazuje się, że bliźniacze stanowisko dostała poznana podczas rekrutacji Sophie, wyjątkowo niemiła i bezpośrednia osoba, w której Carpenter zakochuje się od pierwszego wejrzenia. Po przydzieleniu pierwszego zadania, polegającego na porządkowaniu papierów, za punkt honoru stawiają sobie dowiedzenie się, czym zajmuje się ich pracodawca.


Fabularnie nie jest najgorzej. Książka utrzymana jest trochę w konwencji serialu "Gotowe na Wszystko", co znaczy że trochę tu komedii, trochę kryminału, a wszystko łączy wątek uczucia między Paulem, a Sophie. Ten miszmasz pozwolił autorowi na wprowadzenie wielorakich gagów, których różnorodność jest tylko atutem. Dodatkowo Holt nie wzdryga się od korzystania z ikon pop kultury toteż nawiązania do celtyckich legend, czy kultowych seriali (sam bohater przekonuje, że gdyby miał pieniądze, to wolałby oglądać powtórki Buffy, zamiast iść do roboty) są na porządku dziennym. Nieco gorzej jest natomiast z postaciami. Paul Carpenter to typowy, stereotypowy Angol. Flegmatyczny, ciężko kapujący, nie stroniący od alkoholu i nieśmiały wobec kobiet. Nieudacznik jakich mało. I szczerze mówiąc, momenty w których jest on solistą na kartach książki są najsłabsze. Sophie to za to zimna flądra, której jest tak daleko od jakiegokolwiek ideału piękna, jak to tylko możliwe. Na szczęście sytuacje ratują postacie drugoplanowe, jak Starszy Wspólnik Mów-Mi-Rick, czy też Profesor, nie wspominając już o Panu Turnerze. Również techniczna strona książki jest nienajgorsza. Okładka Kidbiego, dobry język, świetne tłumaczenie. To wszystko mocne strony tej książki.
To co razi wyjątkowo mocno, w powieści to humor. Prosty, zbyt przaśny. Owszem są momenty (motyw kserokopiarki), aczkolwiek jest ich za mało i są zbyt... maluczkie, żeby śmieszyły do łez. Niekiedy powodują uśmiech, niekiedy obrzydzenie, ale najczęściej są po prostu nijakie. Są ludzie, którym na pewno się spodobają, aczkolwiek mi do gustu nie przypadły i zapisuję je na minus tej pozycji.
Biorąc pod uwagę to, co napisałem wyżej zacząłem się zastanawiać, dlaczego tak szanowany wydawca jak Prószyński, napisał takie dyrdymały o "następcy Pratchett`a". Otóż Holt w Anglii od lat jest równie popularny co autor "Świata Dysku" i ma na swoim koncie nie tylko tytułu fantasy, lecz m.in. nieautoryzowaną biografię Margaret "Żelaznej Damy" Tatcher.
I jedno muszę przyznać autorowi. Mimo tych wszystkich wad, niespójności, porzucania wątków i galimatiasu, książkę czyta się wyjątkowo przyjemnie. Te kilka godzin z nią spędzonych, nie były zmarnowane, a dopiero potem przyszły powyższe refleksje. Bo tytuł ten, nie daje czytelnikowi czasu na zastanowienie. Wartka akcja pozwala autorowi usprawiedliwić, bierność Paula wobec niektórych rzeczy, jego "mamejowatość". Duża zasługa jest tego, że gdzieś tam, pod przykrywką wątków fantasy i romantycznych kryje się satyra na korporacje. Paul jest tylko trybikiem, jednakże okazuje się na tyle ważny, że bez niego nic się nie stanie. Trochę to wyidealizowane, aczkolwiek świetnie wpisujące się w konwencję i mniemanie bohatera o sobie. Mimo iż zachowuje się jak zwykła "łajza", to w istocie, oczekuje od każdego osobnika uwagi. Czasami wręcz ma się wrażenie, że ma żal o wszystko do wszystkich, a jedyne na czym mu zależy to jego telewizor.
"Przenośne Drzwi" są wstępem do sześciotomowego cyklu o przygodach Paula. Mam nadzieję tylko, że każda kolejna część będzie lepsza, bo o ile w tej formie jednorazowy wypad w życie Carpentera jest niezły, o tyle dłuższa podróż może być męcząca. Oczywiście, jeżeli od początku nie wierzysz wydawnictwu, przymykasz oko na uproszczenia i nie szukasz drugiego dna. Bo to, czego najbardziej brakuje w powieści Toma Holta, to to czym "żywią się" fani Pratchetta, świadomości że chodzi tu o coś więcej niż rozrywkę, że za otoczką rzetelnej rozrywki, kryje się prawda o świecie. Tutaj jest "tylko" solidna rzemieślnicza robota, która zapewnia rozrywkę na kilka godzin.
Moim zdaniem, Holt w oczywisty sposób nie sprostał brzemieniu, jakie nałożył na niego polski wydawca. W porównaniu z mistrzem wypada blado, jednakże gdy zapomina się o obietnicy złożonej na okładce, okazuje się że ta książka na prawdę bawi. Wystarczy kupić głupkowatą konwencję autora i dać się wciągnąć w świat książki. A wtedy wystarczy już tylko czytać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz